Gdyby zapytano lud o to kto emituje najgłośniejszy jazgot w kraju, wygrałaby w cuglach. Ona - synonim jazgotu. Pionierka, wręcz matka hejtu naszego. Kiedy tylko nowe czasy przyniosły odkrycie, że złe emocje sprzedają nie gorzej niż dobre, jej jazgot przebił wszystkie inne. To było bardzo zastanawiające – skąd ten jazgot aż taki? Od razu wyrobiony, dojrzały? Skąd ona go bierze? I to ona, krytyczka wszystkiego, a więc filmu przede wszystkim – zagrała u mnie w filmie.
Film był typu użytkowego i jednorazowego, jednak, jak na tego rodzaju przedsięwzięcie, o nie najgorszym budżecie. Bo chodziło o rzecz ważną: Wypasiony event wprowadzający nowy tytuł na nasz ciągle jeszcze dość świeży rynek magazynów dla kobiet. Urządzili więc gdzieś wielką bibę, zaprosili kogo się dało, dali jeść i pić - i puścili film. Bez fałszywej skromności od razu powiem, że okazał się sukcesem. Nie tylko odebrałem mnóstwo gratulacji, ale przyszły kolejne propozycje na realizacje jakoś tam podobnych pierdółek. Tę zrobiłem według wielokrotnie później powtarzanej formuły: Bohaterów kręcić wtedy, kiedy nie wiedzą, a na kolaudację podłożyć muzę z Totally Wired II. A Collection From Acid Jazz Records. Przywiozłem sobie tę płytę z Anglii i chyba zarobiłem dzięki niej mnóstwo kasy. Wszyscy łykali te kawałki, a potem genialny Z. bezbłędnie znajdował inną muzę, podobną, czego i tak nikt się zauważał.
Niech jednak nikt nie myśli, że było łatwo! Żeby coś takiego wypocić trzeba było wejść na dzień czy dwa do redakcji, gdzie tłoczno, gorączkowo i nerwowo już z samej definicji. No i żeby to jakoś od razu na starcie całościowo okiełznać, zarządziłem zebranie wszystkich – stół wielki, okrągły, wszyscy na siebie patrzą - co by im się pokazać jako osoba miła i niegroźna, w krótkich słowach pouczyć, że lepiej, żeby się nie przygotowywali zbytnio, że to ja będę zadawał pytania, żeby nie patrzyli w kamerę, nie wkładali ciuchów białych i zbyt czarnych… I nagle, kiedy między jednym zdaniem a drugim biorę wdech – słyszę… Coś jak jazgot? Zrazu cichy…
Coś próbuję powiedzieć, a wtedy jazgot mi się wtrąca, przerywa mi. I głośniejszy się robi. I widzę już, że ten jazgot sam siebie prowokuje i nakręca, bo on jest organicznie siebiepewny… Zgłupiałem. Rozglądam się szukając ratunku – i słusznie, bo już całej redkacji dałem się poznać jako osoba niegroźna, a nawet życzliwa i widzę, że tam – wstyd! Bo to znowu, ona tak zawsze, i teraz też… I za głowę się łapią, za twarze, oczami wywracają – a ta napierdala jak najęta. I słyszę już syki: - Karolina… Karolina, przestań, nie atakuj… Nie atakuj!
Z trudem ją spacyfikowali.
W tym moim filmie jazgotu nie było. Wszyscy, łącznie z nią – co za rola! - wyszli uśmiechnięci, ciepli, sympatyczni, a przy tym naturalni. A to oczywiście dlatego, że cichaczem kręciliśmy i przed „akcja” i po „cut” - a lampka na kamerze była zaklejona.