Dawno temu, kiedy nikomu jeszcze się nie śniło o komórkach i internecie, ludzie zapisywali dane kontaktowe innych ludzi ręcznie, często w specjalnie do tego przeznaczonych notesach. Kiedyś jeden taki mój notes, cudem zachowany, wpada mi przypadkiem w ręce. Przeglądam go, zdziwiony, choć w gruncie rzeczy wręcz przeciwnie, zupełnie nie zdziwiony, jak wiele nazwisk nic mi po latach nie mówi, aż tu nagle… To nazwisko?!
Wszyscy je znają, dziennikarz, zawzięty bardzo, ludzi dzieli na normalnych i prawicowych, a już prawicowemu Żydowi nawet pochodzenia nie daruje – co on tu robi?
To ja go znałem?
Tak! I nagle otwiera mi się klapka w zdrewniałym już zakamarku mózgownicy. Mało, że się otwiera, ona się odkleja, odrywa z trzaskiem, bo pokryta przecież tłustą, czerniejącą warstwą zapomnienia, i w oka mgnieniu, jak na przyspieszonym filmie, układają mi się puzzle, i nagle wszystko sobie przypominam, wszystko już wiem.
Znałem go i, choć nazwisko z głowy wyleciało, nawet pamiętałem. Postać. Tylko że to była wtedy chudzina z długą szyją, zupełnie niepodobna do tego co potem w mediach się przewijało. Pamiętałem też nasze rozmowy. Że były, i że o polityce. A był to wtedy temat fascynujący i świeży, bo polityka dopiero się zaczynała – wasz prezydent, nasz premier, i tak dalej. No. I myśmy sobie o tym lubili pogadać.
Za to bardzo dobrze pamiętam jedną naszą rozmowę, bodaj ostatnią. Pamiętam ją - przez niego. Bo to jego z tej rozmowy, jego spojrzenia nie mogłem zapomnieć, tę jego postać, tę właśnie, choć bez nazwiska, pamiętałem.
Mówię: wszystko naonczas było młodziuśkie, siebie niepewne, jak czułek ślimaka. A toczyła się dysputa żażarta o – wtedy to było słowo na topie – ekstremistach. Kto z podziemnej opozycji nadaje się do naziemnej demokracji, a kto nie. Ciekawe, że o tych, co się nie nadają, o ekstremistach, nie mówiło się wtedy prawica. Może dlatego, że i do lewicy nie przyznawano się zbyt chętnie, bo kojarzyła się z komuną. Ale mówiło się o - narodowcach.
Narodowcy, narodowcy, kto to ci narodowcy… W sumie nie wiedziałem za bardzo, nikt ich na oczy nie widział. Więc mówię do niego, ostrożnie, rozciągając mój czułek jak gumkę recepturkę, dyskutujemy w końcu…
- No, ale ci, tamci, to już raczej… Nie-e?
- No… – I widzę, że rzuca mi raptem spojrzenie spłoszone, podejrzliwe, jeszcze bardziej niż zwykle zmarszczone, brwią czarną zza okularów w czarnej oprawie podkreślone, uważne, złe, ba, na granicy ostatecznego zniesmaczenia. I nie ma on, widzę to nagle wyraźnie, czułków żadnych! Młodziak, chudziak przecież jak ja, a nie ma. Czułki niewykształcone albo w toku ewolucji porzucone, i tylko - skorupa.
- No nie – uspokaja się. I prycha, wiedział to przecież już przed urodzeniem: - Tamci to już nie.