RZEKA


 


Gadka z jakichś powodów skręciła na sport:

- …biegałem długie dystanse. Byłem nawet wicemistrzem województwa.

- Jakie? – dopytałem.

- Lubuskie.

- Ale dystanse?

- A, tysiąc pięćset.


No bo mnie ciekawiło jakie dystanse biegał, czy nadal biega może nawet. Takie jak ja? Krótsze? Dłuższe? Jak często, z jakim czasem, i tak dalej. Proste. I naprawdę gó-no mnie obchodziło w jakim on biegał województwie. Bo kogo to, ku-na, obchodziło!

Ależ – jego oczywiście. To jego obchodziła jego własna historia. Legenda może nawet? Już? Że awans i tak dalej? No bo, umówmy się, i z pełnym szacunkiem – Lubuskie... (Swoją drogą - tysiąc pięćset? Długi dystans? Naprawdę?)


Los zetknął nas przy projekcie (słowo to ostatnio wiele usprawiedliwia), do którego czuliśmy podobne obrzydzenie, ale który mógł nam przynieść korzyści finansowe. Nie przyniósł, ale spotkaliśmy się ze dwa, trzy razy. Po tym Lubuskim (-kiem?) zacząłem uważniej wsłuchiwać się w to, co mówi. Jakież było moje zdumienie! Okazało się, że on nie mówił do nas. Mówił – stale - do nieobecnego akurat, ale całkiem możliwego dziennikarza. Wywiadowcy. Pismaka jebanego, co to z ust jego spija drogocenne krople zwierzeń. Mówił, mówił, płynął - jak butelka z zamkniętą w sobie mapą do skarbu. Kierował się na ocean, ale jeszcze, aktualnie, płynął rzeką. Bo to wywiad-rzeka był. Czy była.

Z lubością dawał się czasem obracać fali, brzuchem do słońca. Nurzał się. I nie wiem: Czy on musiał tego uwielbienia bardzo pragnąć - żeby je dostać? Że było go aż tyle? Uwielbienia znaczy. Jego też zresztą. Może to zresztą to samo.

Płynę, płynę…