05 May

Jedynie dwóch ludzi jakich w swoim dotychczasowym życiu miałem szczęście poznać posądzam o geniusz. Jednym był Bogusław Schaeffer, drugi to Grzegorz Królikiewicz. Mieli wiele wspólnego. O żadnym na przykład nie można powiedzieć, że był normalny. Obaj lubili mnie. Ale to już mniejsza. Nie o tym.

     Królikiewicz prowadził zajęcia, które nazywały się „analiza dzieła filmowego”. Były absolutnie genialne. (Oczywiście wtedy, kiedy udawało się je przeprowadzić, czyli mniej więcej co trzeci raz. Pozostałe próby wypełniały awantury wywoływane głównie przez samego Królikiewicza wspieranego przez jego fanatyczną asystentkę.) Nie zapomnę jak kiedyś wziął na warsztat „Zawód – reporter”. Najpierw obejrzeliśmy film, a potem była, czy raczej miała być, dyskusja. Każdy coś tam bąkał mądrego, pewnie sam bąkałem, bo dobrze znałem ten film i podziwiałem. A Królikiewicz tylko wzdychał, coraz ciszej, z rezygnacją jakby, potakiwał z rzadka, bez przekonania, a głównie się krzywił - z rosnącym niesmakiem, który w pewnym momencie osiągnął… pułap obrzydzenia! Wtedy wstał. Spojrzał na nas gniewnie i przemówił, niegłośno, ale zabrzmiało to naprawdę groźnie: 

- Proszę państwa, teraz ja przenalizuję ten film. Proszę mi nie przerywać – tu powiódł po nas wzrokiem, żeby się upewnić, czy dotarło. – Proszę mi nie przerywać, pod żadnym pozorem. Z góry też uprzedzam, że gdyby na koniec okazało się, że sobie zaprzeczam – to nic nie zmienia, i to też proszę sobie przemyśleć.

     Jeszcze raz zeskanował oczami szaleńca każde z nas - a byliśmy już tylko paroma skulonymi drobinkami rozrzuconymi w fotelach małej sali kinowej w budynku aktorów – i zaczął mówić. Mówił przez bitą godzinę, bez przerwy. Była to erupcja nieskończonej twórczej potencji, jego potencji. Dżin czystej myśli wypuszczony na wolność, źrebak pegaza hasający wiosną na łące niezmierzonych możliwości, granat rzucony w najgłębsze trzewia dzieła, którego krwawe szczątki, jak się okazało, miały w DNA wszystko, cały wszechświat. Uf, naprawdę. Już nie pamiętam, czy sobie zaprzeczył, czy nie, w każdym razie wyszło na to, że nam, mnie, tylko się do tej pory tylko wydawało, że widzieliśmy film Antonioniego. Otworzył mi oczy. Ale nie o tym.

     Chociaż w sumie już trochę o tym. Bo geniusz nie musi mówić przez godzinę, również krótkie wrzutki padające z jego ust potrafią olśnić i wyjaśnić wiele. A tenże sam Królikiewicz przy innej okazji, na tych samych zajęciach o innym filmie rzucił kiedyś – podkreślam, nuetralnie, bez cienia dystansu, ironii czy czegoś, po prostu, objaśniał świat:

- Tak, ale to Amerykanie… Amerykanie zawsze próbują oddzielić dobro od zła. 


Bingo! I dlatego właśnie tak lubimy oglądać amerykańskie filmy. I to jest właśnie elementarz scenariopisarstwa: Oddzielić dobro od zła. Ktoś musi być zły, żeby dobry mógł być ktoś, i żeby mogli się zetrzeć, a widz mógł kibicować dobremu. Albo przynajmniej powinni różnić się na tyle, żeby rywalizować, a widz, ciekawy kto wygra, mógł obstawiać tego czy tamtego. A nawet, jak w uroczym Hail Mary, jeśli udaje im się zbliżyć, muszą mieć jakieś coś po drugiej stronie, coś złego, czarnego najlepiej, co zjada ich gwiazdy. Tak czy siak musi być konflikt, ta esencja akcji. Bez tego – nic, nuda.

     Wbrew pozorom, ta reguła stosuje się do wszystkich filmów, również tych, które nie gonią za amerykańskimi wzorcami (poza może jakimiś eksperymentami z kosmosu). I to mimo tego, że – uwaga, uwaga! - każdy, kto jest w stanie nieco głębiej zastanowić się nad tym jak naprawdę jest, musi dojść wniosku, że jest dokładnie inaczej, że zło rzadko odkleja się od dobra, że na tym właśnie polega nieszczęście. Tylko, że nawet o tym trudno opowiedzieć bez jakiegoś tam konfliktu w narracji - a opowiadać o tym trzeba, bo to jest najprawdziwsza prawda, a tylko prawda, jak wiadomo, nas wyzwoli i o nic innego w ostatecznym rozrachunku nie chodzi.

     Tak oto odsłania się dramat scenarzysty, czyli organiczna sprzeczność między prawdą życia (zło i dobro wymieszane) a prawdą ekranu (zło i dobro rozdzielone, żeby się lepiej działo i oglądało).

     W części przypadków, może nawet w większości, ten dramat nie jest specjalnie problematyczny. Czysta fikcja, rozrywka, różnego rodzaju bajki – tu zło i dobro oddziela się z boską łatwością, jak światło od ciemności, i martwić się trzeba tylko o prawdę w ramach przyjętej konwencji (czy Rambo może strącić helikopter kamieniem? – Rambo może!) i o prawdę postaci, czyli zachowań, których fundamentem jest zbudowana na początku motywacja. Kino wyraźnie oddzielające dobro i zło nie stawia tu bohaterom i widzowi wielkich wymagań: Z jednej strony, tej jasnej, motywacja sprowadza się do miłości (własnej - ratowanie siebie; bliskich – ratowanie bliskich; świata - ratowanie świata), a z drugiej, ciemnej strony do nienawiści (żądza zemsty) oraz do chciwości (pieniądze), której najohydniejszym rodzajem jest pragnienie władzy (nad ciałem, osobą, grupą, w końcu światem w ogóle).

     Są jednak filmy aspirujące do prawdy na serio. Porywające się na wierne opisanie czy przynajmniej uczciwe oddanie tego, co nas naprawdę otacza, dotyczy, na takież opisanie, oddanie nas, takimi jakimi jesteśmy, a jesteśmy, niestety, skomplikowani. Granica między dobrem a złem często nie jest tu wyraźna, bywa mglista, płynna, a nawet wątpliwa, niejasna, wręcz - niedostrzegalna. O tym opowiada się trudniej. Jasne, że kompetentny autor może taką prawdę wyrazić w ramach historii całkowicie zmyślonej, gdzie rzeczywistość na pozór tylko inspiruje świat i bohaterów. Na pozór, bo czy taka Diuna albo Interstallar nie mówią prawdy o człowieku? Mówią, jak najbardziej. Ale bywa, że autor nie poprzestaje na inspiracji i sięga do rzeczywistości wprost. Właściwie – sięga p o rzeczywistość. Tę właśnie, prawdziwą, z wymieszanym dobrem i złem. Więc to wcale nie paradoks, że… -  trudniej opowiada się o tym, co rzeczywiście się wydarzyło.

Dotyczy to jak najbardziej również filmu dokumentalnego - i o tym nie mogę nie wspomnieć, ale to później, na koniec.

     Filmy fabularne o takiej genezie opatruje się zwykle formułą w rodzaju historia oparta na faktach, inspirowane prawdziwymi wydarzeniami, based on a true story itp. I ciekawe, że nadal działa to jako atut. Że w tej do oszału rozmytej przez media i technologie codzienności część widowni tęskni jednak do czegoś – prawdziwego.

     Formuły te jednak, podkreślając bliskość rzeczywistości, jednocześnie zaznaczają do niej dystans. Tego domaga się – ważne słowo, choć niepopularne wśród artystów – u c z c i w o ś ć. Przecież te „prawdziwe historie” nigdy nie są prawdziwe, są przetworzone w scenariusz, potem film, mają swoje narracyjne potrzeby, ograniczenia, muszą być, w taki czy inny sposób, atrakcyjne. Dochodzi też inna jeszcze zmienna znamienna, tak zwana wolność twórcza. Bo jak się taki artysta uprze coś upiększyć czy obrzydzić, to – kto mu zabroni?

     Często (o ile nie zawsze!) jest i tak, że znana jest tylko część prawdziwej historii, realnych wydarzeń, resztę zaś skrywa mgła tajemnicy. Przy wytrawnej narracji, można to obrócić w walor, wygrywając zagadkę, to zwykle cecha gatunkowa (thriller, sensacja), ale niekoniecznie, bo i sama tajemnica może być tematem, czego klasycznym przykładem Piknik pod wiszącą skałą. Na ogół jednak – i ten „ogół” trzeba dobrze dostrzec, bo, jak się zastanowić, filmów typu true story jest całe mnóstwo; to przecież również opowieści, a ileż ich, o znanych ludziach, głośnych wydarzeniach, w dużej mierze filmy historyczne, wojenne, zaangażowane – na ogół jednak widz dobrze wie, że tych „prawdziwych historii” nie należy traktować jeden do jeden. Podpowiadają mu to same filmy. Nawet jeśli bardzo wyraźnie wskazują swe źródła w rzeczywistości, ich pełna zgrabnych zwrotów fabuła, podrasowne postaci, cwane dialogi, stylizacje, scenografia, wszystko to mówi widzowi – ok, było co było, ale to tu teraz to tylko film. A film rządzi się swoimi prawami, widz je zna, układ jest jasny: Oglądam f i l m. Film tylko  n a  p o d s t a w i e prawdziwych wydarzeń.

     Bywa jednak, że ten układ jasny nie jest, że autor (to oczywiście celowe uproszczenie; wiadomo, że w filmie jest wielu odpowiedzialnych za ostateczny kształt dzieła) bardzo się stara mi powiedzieć: Patrz! To naprawdę tak było, to naprawdę tak wyglądało, ja naprawdę odtwarzam te wydarzenia, wiernie, co do miejsca, co do dnia, minuty, i pogody jaka była w tym miejscu, tego dnia i o tej minucie. Patrz, ja pokazuję ludzi, prawdziwych, mają imiona i nazwiska, są jak awatary żyjących, a nieżyjących wskrzeszam, przywracam do życia, patrz jacy są podobni do tych prawdziwych, bardzo podobni, więcej niż podobni, ja cofam czas… I to już jest więcej niż realizm, to jest jakiś dokumentalizm, tylko…

     No właśnie. Dobrze pamiętam jakie wrażenie zrobił na mnie serial Czarnobyl (szczerze mówiąc, trzy pierwsze odcinki, potem to siadło aż wstyd), jego dbałość o szczegół w każdym aspekcie, drobiazgowość, do detalu, wręcz pedantyczność. Jasne, idiotyczny pomysł z batalionem gołych górników trochę od tego odstawał, ale nie dziwił, bo przecież jakiś choćby cień homoseksualnych fascynacji jest dziś u amerykańskich streamerów obowiązkowy. Co mnie więc skłoniło, żeby sprawdzić? Chyba właśnie ta pedantyczność, ten dokumentalizm. Poklikałem więc.

     I co się okazało? Że wszystko to ściema! To wcale tak nie było. To wręcz bzdura na bzdurze. Nie, nie, i nie poczułem ani grama tej satysfakcji jaką daje twist w dobrym thrillerze, gdzie myślisz, że coś tam, a wychodzi na to, że coś zupełnie innego, a ty dałeś się zrobić. Oszukać. Nie, nic z tych rzeczy. Poczułem się oszukany naprawdę.

     No dobrze, dobrze, myślę, może się czepiam, jakiś osobny z tym problemem jestem. Bo to ja. A w końcu przekaz Czarnobyla - p r a w d a  o Rosji, która kłamstwem stoi - jest słuszny i wart cierpliwego tłoczenia do zachodnich łbów, nawet kosztem, hm, powiedzmy – pewnych przerysowań. No tak, no tak, no może…

     Parę lat poźniej oglądam Heveliusza. Lepszy od Czarnobyla, trzyma do końca. I też – ta pedantyczność, dokumentalizm… Ale, że ci Niemcy aż tak? Więc – sprawdzam. No i znowu – nie! Nie tak, a właściwie – nie wiadomo jak… Przy czym, żeby nie było: Autorzy deklarują jasno i wyraźnie, w samym otwarciu, pierwszą planszą, i jeszcze powtarzają to pod koniec napisów z tyłu:

Serial jest wizją artystyczną twórców, inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami. Niektóre postaci i zdarzenia zostały zmienione lub stworzone na potrzeby fabuły. 

     Ale mnie jednak coś uwiera. Bo mnie się chciało sprawdzić, jakieś powody sobie znalazłem. 95 procent widzów na powyższe intro nie zwróci uwagi albo o nim zapomni, nic nie sprawdzi i będzie święcie przekonana, że polski kapitan to bohater bez skazy, jedyny sprawiedliwy zginął w zamachu, a wszystkiemu była winna niemiecka małość. Ok, ale – po co to? Ja mogę sobie wyobrazić, że były jakieś osobiste powody, by odreagować Niemców (którym autorzy w Wielkiej wodzie wystawili pomniczek - te teksty o lince i bloczku, boże…), czy w ogóle poprawność (jak wcisnąć w dialog słówko „wspólnota”, żeby nie zabrzmiało sztucznie?), ale to, że to rozumiem nie znaczy, że akceptuję. Nie znaczy też, że nie akceptuję, bo autorzy jednak wyraźnie – uczciwie - swoje intencje zaznaczyli. Zmieszany więc jestem. Bo - po co to?

     Czy to jest jeszcze magia kina, czy już nieodpowiedzialność? Ok, jasne, autor ma prawo – bo kto mu zabroni? - ubarwić historię, czy nawet nią grać, ale – czy na pewno angażując tak bardzo, pod prawdziwymi nazwiskami, ludzi uwikłanych w tragedię, często żyjących? No nie wiem…

     Sam napisałem kiedyś scenariusz, który był naprawdę tylko wizją, wprawdzie inspirowaną głośnym na początku lat dwutysięcznych wydarzeniem, mianowicie zabójstwem byłego ministra Dębskiego, ale jednak tylko wizją. Inaczej być by nawet nie mogło, bo o sprawie wiadomo było ledwo co, prawie nic, tyle co na wierzchu. Tła można się było tylko domyślać, a scenariusz wymyślać. I nie skręcał on w kierunku dokumentalizmu, ani ani. A już żeby użyć tam autentycznych nazwisk do głowy by nie przyszło. Więc gdyby na podstawie tego scenariusza powstał film (Warsaw Dark nie ma z moim scenariuszem nic wspólnego) może by nawet nie potrzebował żadnego intro. To, do czego nawiązuje byłoby jasne dla wszystkich; to, że jest to tylko wizja tym bardziej.

     Pamiętam rozmowy z producentami, kiedy im to tłumaczyłem. Mówiłem, że nie chcę gadania o Dębskim, że sprawa przecież nadal świeża, i że jest tylko pretekstem, świetnym punktem wyjścia do filmu, że tak powiem, autonomicznego, do kina gatunkowego, thrillera, oraz smutnym, mrocznym, ale nadal świetnym pretekstem, żeby opowiedzieć o Polsce z czasów sprzed afery Rywina… Świetnie rozumiał to na przykład jeden z aktorów, który podsuwał mi nawet alternatywny tytuł, Link – producenci nie rozumieli tego w ogóle. I ledwie co tam się z produkcją zadziało, już trąbili na prawo i lewo o Dębskim i Ince. No bo przecież - true story sprzedaje.

     A po paru tygodniach dzwoni do mnie znajomy kierownik planu z Łodzi. Bo tak się składa, że matka Dębskiego to prawie jego sąsiadka, czy jakoś tak, i że do niej teraz dotarło, że nie dość, że jej syna zabili, to jeszcze mają go w filmie poniewierać, i co ja na to, bo ona płacze, włosy z głowy rwie, czy to naprawdę tak… I tak miała szczęście, że znalazł się ten wspólny znajomy, który mógł jej opowiedzieć jak długo i cierpliwie tłumczyłem, że to właśnie  n i e  chodzi o konkretną osobę, i że cały ten zgiełk nie mój jest.

     Ale czy na pewno nie mój?

     Jeśli próbować odpowiedzieć na pytanie po co w Heweliuszu te teorie spiskowe, znaczące niedopowiedzenia, czy, dla odmiany, naturalistyczne, soczyste obrazki, jak człowiek poszatkowany śrubą okrętową, to przecież – aż wstyd takie pytanie! Odpowiedź prosta jest jak drut: Żeby się dobrze oglądało. Żeby było – zero sarkazmu - po amerykańsku. Bo tak, jak naprawdę było, było nie dość sexy, albo o tym jak było wiadomo zbyt mało. Więc trzeba to było podnieść, ulepszyć, oddzielić dobro od zła… – A że przy okazji zabrało się paru ludków z realu, cóż, to tylko film...

     A może – i mówię to całkiem serio – to widza wina? Że w swojej masie taki jest plastyczny, tępy, tak się daje robić w konia, urabiać nawet?

     Więc czy słusznie burzą się bliscy  „profesorki” z Ołowianych dzieci, że serial ponoć oczernia ich krewną? Mnie, szczerze mówiąc, to dziwi, bo tego serialu o dokukmentalizm posądzić nie sposób. Autorzy uczciwie, praktycznie w podtytule oznajmiają:

Serial inspirowany prawdziwymi wydarzeniami. 

     I tak też jest, jest story, są postaci, konflikty plus parę spreparowanych archiwaliów, nic więcej. To tylko film, film „na podstawie”, to widać, słychać i czuć.

     Nie są to więc proste sprawy. Zło z dobrem przelewa się też w intencjach twórców, w nich samych, jak w życiu, i przecież nie tylko nie powinno to zaskakiwać, ale – może to dobrze? Może to ich właśnie zbliża do prawdy? Może nie da się inaczej? Królikiewicz kiedy wyrzucał ze szkoły naszego kolegę z roku mówił o sobie, powtarzał – jestem złym człowiekiem, jestem złym człowiekiem. Nie było w tym kokieterii, chciał żeby to do nas wreszcie dotarło.


Ale to, to nic. To, to pikuś! Może i dokumentalizm, ale jednak fabuła. Fikcja. Gorzej kiedy z prawdą pogrywają dokumentaliści. To już mnie nie miesza, tego to, przyznaję, nie znoszę.

     Nie znoszę całego tego nurtu w polskim dokumencie, gdzie rzeczywistość się udaje. Gdzie bohaterów, prawdziwych ludzi, się używa. Ikonicznym obrazem tego typu jest Z punktu widzenia nocnego portiera. Dobro od zła oddzielone jest w nim wzorcowo. Zło zostaje wręcz wypreparowane – drogą manipulacji. A czy to źle, ktoś powie, chodziło przecież o komunę, o sprawę, artysta ma prawo i takie tam. Źle. Sam Kieślowski to wiedział. I kłóciła się z nim o to Lidia Zonn, jego montażystka.

     Ale bywa gorzej. Pisze się bohaterom kwestie, mówi się co mają robić, umieszcza się ich w scenach, wymyśla się ich historie. Lepi się ich w imię tak zwanej „postawy autorskiej”. To więcej niż manipulacja, to mistyfikacja, fałsz, żaden dokument. Z Zonn mogłem dzielić się swoim wstrętem jaki wzbudził we mnie nowy wtedy film Wszystko może się przytrafić. Autor używa w nich starych ludzi dla swojego uświęconego racją artysty k o n c e p t u. Film zdobył liczne laury, ja widziałem w nim tylko fałsz i cynizm.

     Dlaczego to piszę? To jeszcze o podobnej wrzutce jak ta Królikiewicza, tylko jeszcze krótszej. Bardzo mi się wryła w pamięć choć nie padła z ust geniusza tylko postaci w filmie. Wspomnienie ma baaardzo długą brodę, ale mam nadzieję, że nie namieszam za bardzo: Przyszło mi kiedyś dogrzebać się do mało znanego filmu Marczewskiego, Bielszy niż śnieg. Pamiętam go tak: Do willi starego pisarza przyjeżdża ekipa telewizyjna, chce nakręcić z nim materiał. Tyle że on nie ma na to najmniejszej ochoty. Ekipa, redaktor – chyba grał go Press – jednak nie odpuszcza. Snuje się po tej willi i stara się coś od pisarza wyciągnąć. A on nic, milczy. A im bardziej milczy, tym bardziej redaktor chce coś usłyszeć. W końcu to jego usiłowanie sprowadza się do jakiegoś desparackiego pytania o sens. A stary nic, ani be, ani me. I kiedy już myślałem - i redaktor pewnie też tak myślał - że stary pomilczy do końca, ten nagle, przechodząc gdzieś, mimochodem, rzucił jedno słowo. Prawda.

     No właśnie. Napisałem gdzieś wcześniej, że w ostatecznym rozrachunku to o nią chodzi. I że nas wyzwoli. Dlatego to piszę. O tym to.