ROZNOSICIEL MLEKA


Byłem ostatnim roznosicielem mleka w Krakowie. Nie jest to może stwierdzenie ścisłe i poparte dowodami, ale to jest już zupełnie nieistotne. Byłem ostatnim roznosicielem mleka w Krakowie, bo nawet jeśli ktoś po mnie gdzieś w mieście jeszcze nim był, to to już nie było to. Nie było to to samo. Na pewno. Nie mogło być. Nawet w przybliżeniu. Ja byłem ostatni.

Po kolei jednak. Od początku.

Jak on miał na imię? Czesław? Od niego wypada zacząć. Był już dosyć stary, pił. Chciał nawet pić ze mną, ale ja nie chciałem. Miałem dwadzieścia parę lat, picie mi się zdarzało, ale, jeśli już, wolałem pić w towarzystwie dziewczyn.

     Czesław miał okulary w grubej oprawce, rogowej chyba, tak się kiedyś, jeszcze dawniej, mówiło, oraz przystrzyżony czarny wąs bez śladów siwizny. To go definiowało. Plus czarne, żywe oczy, powiększone szkłem okularów. Włosy, nie takie już mocne jak wąs, elegancko zaczesywał do tyłu, na mokro. To, kiedy wychodził. W domu, wypity, wpadł do mnie raz czy drugi z włosem dla odmiany zmierzwionym, wzrokiem mętnym i - odbijał się ode mnie. Nie chciałem z nim pić. W ogóle mało mieliśmy kontaktów, czasem nie widzieliśmy się po parę dni. Ale lubiliśmy się. Był emerytowanym kolejarzem. Dostał od miasta mieszkanie na poddaszu cudzej willi i dlatego mieszkał tam, gdzie mieszkał. Oj, ależ tam była u niego nędza. Wszystko stare, liche, zużyte, a jeśli kiedyś było nowe, to na pewno najtańsze. Był wdowcem, i to chyba od wielu, wielu lat. Mieszkał samotnie, ale nie robił wrażenia przygnębionego. Popijał sobie, wychodził do jakichś kolegów, pewnie też emerytowanych kolejarzy. Może chodził na dworzec oglądać pociągi? Bardzo wątpię. Choć dworzec był blisko.

     Mieszkanie miało pewną zaletę. To ona, przede wszystkim, sprawiła, że zdecydowałem się wynająć pokój u Czesława. Osobne wejście. Z klatki schodowej prowadziły do mieszkania dwie pary drzwi - jedne do dużego pokoju, przez przedpokój, który służył Czesławowi za kuchnię. Drugie - do małego pokoju, z oknem wychodzącym na ogród. Pokoje łączył ciemny korytarzyk, do którego przylegała łazienka i osobna klitka z kiblem. Kibel i łazienkę mieliśmy więc wspólną. W kiblu stał stary sedes na spłuczkę, taką podwieszaną u góry, do pociągania za łańcuszek. Ciągle się to psuło, wiadomo. W łazience była pożółkła wanna, pokryta wieloletnim osadem kamienia, i straszny, rzężący piecyk gazowy. Chude, gołe rurki tworzyły poplataną instalację doprowadzającą ciepłą wodę do umywalki, nad którą wisiało złuszczone od spodu lustro. Jednak kolejną zaletą mieszkania Czesława było to, że w tym małym, już moim pokoju też była umywalka. Taka jeszcze żelazna, głowę daję, że przedwojenna. Kran przedłużała zatknięta na nim brudna, gumowa rurka - żeby za bardzo nie pryskało. Co jeszcze było w tym małym, tym moim, pokoju? Marne łóżko z marnym taborecikiem udającym nocną szafkę, marny stolik z krzesłem, skrzynia. Taka skrzynia-kufer, niemarna, naprawdę duża, też pewnie przedwojenna. Leżała na niej narzutka czy coś. Na ścianie przy łóżku wisiał wypłowiały kilim, półka, a na wprost stolika słomiana mata. Chyba nic więcej tam nie było. Aha, na podłodze brązowawy, zdechły dywanik. Było tam też coś pomalowanego zieloną olejną. Może ten taborecik przy łóżku? Kolorów mało, praktycznie wcale. Biała rama okna dawno poszarzała. Przez okno niewiele było widać, bo w ogrodzie rosły wysokie drzewa. To było fajne. W ogóle wszystko było fajne. Nie przeszkadzało mi nawet to, że okno miało jedną, pękniętą szybę, a mały pokój ogrzewało się elektrycznym piecykiem. Tak to było urządzone, że mogłem mieszkać jakby sam. A o to chodziło.

     Na parterze mieszkała jakaś liczna rodzina, z którą minąłem się, przez wszystkie te miesiące, może ze trzy razy. Za to na piętrze, samotnie jak Czesław, mieszkał Nielubicz, właściciel całej willi, do której, jak to za komuny bywało, wprowadzili mu lokatorów. Nienawidził ich. Lokatorów i komuny. A najbardziej nienawidził pana Czesława. Był stary (starszy od Czesława), przeraźliwie chudy i żylasty. Ruszał dziwnie zawsze gładko wygoloną brodą, odsłaniając rzędy mocnych, białych zębów. Sztucznych oczywiście. To chyba ta sztuczna szczęka tak go wkurzała, czy nawet swędziała, że rzucał brodą od prawej do lewej. Pewnie tej szczęki też nienawidził i wkładał ją tylko kiedy miał z kimś pogadać. Czyli bardzo rzadko. Do tego na głowie nosił siateczkę wyglądającą jak pończocha. A może to była pończocha? Jakby nie było, wyglądał jak świr. A nawet był świrem. Patrzył na ludzi wzrokiem opanowanym i zimnym - co grał wyniośle, ale bardzo niekonsekwentnie – bo za moment kipiał od nienawiści. Jasne, wkurwiało go, że w jego willi Czesław wynajmuje komuś pokój. Nie dość, że tam w ogóle mieszka, w jego domu, to jeszcze zarabia na jego własności. Okrada go.

     Czesław bał się Nielubicza. Kiedy już się prawie dogadaliśmy na ten pokój, nagle się wyprężył i wycelował palec w podłogę. W piętro pod nami. 

- Jeszcze jedno! On! - patrzył na mnie płomiennie, nagle wzburzony, z jakimś lękiem pomieszanym ze zdziwieniem w oczach. - On jest stuknięty! Co za czł… Taki że… Żonę z domu… - pokazał ręką jak wyrzucił żonę. - Nie człowiek! Chuj jebany. Taki że… no… Kurw… - Czesław zapowietrzał się z wściekłości, a oczy jego miały mówić - wołać! - same za siebie. Dlatego, jak już sobie poklął, jak już powiesił na Nielubiczu wszystkie psy, postawił warunek. Mam udawać daleką rodzinę.

     Dzień, czy dwa później szedłem schodami do góry, na to nasze poddasze, kiedy drzwi na piętrze nagle otworzyły się i drogę zastąpił mi chudy starzec z tańczącą szczęką i z pończochą na głowie. 

- Pan co tu robi? - spojrzał na mnie z pogardą.

- Ja? Dzień dobry, właśnie miałem się panu przedstawić. Jestem rodziną pana Czesława…

- On nie ma rodziny.

- Jestem kuzynem. Czy coś w tym rodzaju. Wie pan, ja nie znam się na tych koligacjach…

- Kuzynem!

- No. Chyba. Takim dalekim.

- Panie, to jest mój dom. Tylko mi tu skurwysyńscy komuniści margines zasiedlili. Ale bez mojej zgody nic tu się nie ma prawa… - i takie tam. To była głupia gra. I tak wszyscy wiedzieli o co chodzi, a Nielubicz najbardziej. A ponieważ i tak nic nie mógł Czesławowi zrobić (co wkurwiało go jeszcze bardziej) udawał, że łaskawie akceptuje naszą wersję.

     Zostałem więc daleką rodziną i zacząłem tam mieszkać. Na ulicy Olszańskiej. Jednak nie było to aż tak proste. Bo przecież Czesław bał się Nielubicza naprawdę. Musieli mieć jakieś tam zaszłości, skazani na siebie przez tyle lat. Nielubicz życie Czesławowi zatruwał, a Czesław, jeszcze młodszy i po pijaku, też pewnie potrafił się odgryźć. Ale nie o to chodziło. Bo to było kiedyś. Tak, nadal jeden patrzył w podłogę, drugi w sufit, tyle, że to wcale nie musiało trwać wiecznie. I tego bał się tak naprawdę Czesław. Bo gwarantem jego bytowania w willi Nielubicza była komuna. A komuna - zaczynała już trzeszczeć.

(…)

Gruby zrezygnował. Nazywano go "Gruby" chyba przez grzeczność, bo wcale taki gruby nie był. Za to był bez ręki. Mogliby go nazywać Jednoręki, albo Bezręki, albo Hak. Bo miał prawdziwy hak. Ale nie. Gruby. Spotkałem się z nim raz. Miał mi powiedzieć co i jak, ale niewiele z tego wyszło. Patrzyłem oniemiały z zachwytu jak jedną ręką przerzuca plastikowe kontenery z mlekiem i wciska sobie butelki pod ramię z żelaznym hakiem zamiast dłoni. Naprawdę robił to genialnie. Poza tym miał się chyba za wielkiego cwaniaka. Wodził gdzieś naokoło oczami ukrytymi za ciemnym szkłem okularów i uśmiechał się kpiąco do wszystkiego. Wódą śmierdział na kilometr. Szefowa nie była specjalnie zmartwiona, że odchodzi, bo zdarzało mu się nawalać. Wiedział, że chętnych do tej roboty nie ma wielu, więc sobie pozwalał. A teraz jeszcze rzucał to w cholerę dla jakichś lepszych, poważnych biznesów, jak mówiły jego sprytne oczka. Nie był specjalnie pomocny. Nie chciał. Powiedział tylko z grubsza o co chodzi i przekazał mi w spadku upaćkany, wymięty notes z rozkładem trasy i zamówień. Było to źródło wiedzy tajemnej – ciurki dziwnych znaków i nieczytelnych zapisków. Dał mi też wielki pęk kluczy. Do bram. Na koniec, na kolanie naszkicował mapę. Tak wyglądało moje przygotowanie do zawodu. Metaforycznie. Nie mogło się to dobrze skończyć.

(...)

(…) najgorsze w tych telefonach było czekanie. Moje czekanie i zmuszanie się, by odwlec kolejny do niej telefon. Tak, odwlec. Odwlec jak najdłużej - jeszcze dzień, i jeszcze jeden, nie do wytrzymania. Odwlec, bo wiedziałem, że nie mogę, że nie wolno mi, nie wolno pod żadnym pozorem pozostawić wrażenia, że jestem nahalny. Że nie panuję nad sobą, że ją krępuję, narzucam się, czy - broń cię panie boże! - wręcz osaczam. To mogło ją zniechęcić. Znudzić. A Luizy nie wolno było nudzić. Ja musiałem być tajemniczy i oryginalny, słowem, interesujący. Nie tylko ładny.

     Grałem więc. Zmuszałem się do kłamstwa, bo przecież w myślach osaczałem ją nieustannie. I ona mnie w moich myślach osaczała nieustannie. Z każdej strony, w każdej chwili. Ho,  powiedzieć, że była nahalna, to nic nie powiedzieć. Była wrednie nahalna, bezczelnie i bezwstydnie. Kryła się za każdym rogiem, każdą czynnością, każdą książką i filmem. Była w snach i na śniadanie, i w telewizji. W instrukcjach obsługi wszystkiego. W innych się kryła, przez podobieństwo, choć to, rzecz jasna, nader rzadko, i przez kontrast. – Nie mogę już tego słuchać! – wrzasnąłem raz na starych gderających do siebie za ścianą. Tak, ot, wrzasnąłem, jak nigdy w życiu, na całe gardło, rzucając jeszcze czymś, co miałem w ręku. Nie mieli pojęcia co z tym zrobić, więc się obrazili. Miałem to w dupie.

     Nie mogłem być sobą. Nie mogłem na przykładać pełzać u jej stóp, na co miałem ogromną ochotę. Nie mogłem upuścić sobie krwi ani zetrzeć zębów, na co miałem ochotę nie mniejszą. Tylko jak by to wyglądało? Ja nie mogłem być sobą, bo musiałem być kimś. Kreować się musiałem, kreować dystans, chłód nawet. Znać autorów i trendy, wydarzenia przeszłe i te jeszcze ciepłe, mieć marzenia, plany, może nawet piątki.  Imponować. Bo Luizie trzeba było imponować. O, tu się nic  zmieniło. Nic a nic. Wręcz przeciwnie, bo ona już była w Warszawie przecież, na jakichś studiach egzotycznych, kosmicznych, na ty z wykładowcami, zajęcia w knajpach, mówiła językami i wynajmowała mieszkanie, i to z telefonem, i kąpała się codziennie.

     A nawet dwa razy dziennie. Do tego, kurwa, doszło.

     A ja? Jakiś Kraków małopolskimi wieśniarami nabity. Jakiś Żaczek akademik w wiecznym remoncie. Niezdany egzamin, dwa nawet, pracy żadnej, sukcesów, z rodziców Polaków i za granicą nigdy (chyba, że, he he, Czechosłowacja na Babiej Górze). Chudzina taka, ledwo co się golący, zawsze brany za młodszego niż jest. Tak, dobrze, wiedziałem, że można ze mną pogadać. Zawsze coś. Pójść na wystawę i do kina. Ale muzyki słuchałem już każdej. A ona już tylko poważnej, przepraszam, klasycznej, tak wolała. No i trzeba to było wszystko jakoś obchodzić, maskować, czarować - i być przy tym wszystkim dowcipnym. To wyczerpywało.

     Na zewnątrz byłem więc sił ostatkiem prawdopodobnie interesujący, ale w środku… Co tam się działo! Nie mogłem spać, wiadomo, potrafiłem gapić się godzinami w jeden punkt. Zauważyłem pewnego dnia, że zupełnie nie wiem, czego się po sobie spodziewać, że mogę zachować się w każdy sposób, nawet najgłupszy. Że mogę się zabić na przykład. Albo kogoś, jeszcze gorzej. Bo emocje przedziwne pulsowały we mnie, i wirowały. Ich częsteczki w pędzie zlepiały się ze sobą i pęczniały, rosły jak wata cukrowa w jedną supercząsteczkę, po której był już tylko Wielki Wybuch. 

(…) 

(…) postanowiłem zawalczyć z Luizą. Tak, dokładnie tak brzmiało to postanowienie – zawalczyć z, a nie zawalczyć o. Oczywiście, przeczuwałem wtedy sens tej zasadniczej, semantycznej różnicy. Nie liczyłem na nic, nie nastawiałem się na żaden wynik. Skakałem na główkę widząc tylko lustro wody. Jednak porażka tylko na pozór była wpisana w tę determinację. I nawet po czasie, nawet ja roznosiciel nie umiałem doszukać się w tej postawie błędu.

     Walka o wydaje się na oko bardziej konstruktywna, bo zakłada na koniec zdobycz. Możliwość zdobyczy. Zysk. Już pomijając ten merkantylny wymiar, którym się brzydziłem, wyglądało na to, że zysk miałby przypaść jednej stronie, mnie. Zwycięska walka z Luizą o Luizę miałaby się kończyć jej ujarzmieniem. I przywłaszczeniem. Nic innego tylko jakaś tam mutacja wzorca Izki i Daro, choć kto tam kogo przywłaszczył i czy na pewno to już inna sprawa. A ujarzmiona Luiza, to już nie Luiza. Wcale nie chciałem jej ujarzmiać, wcale nie chciałem innej Luizy.

Walka z natomiast mogła się okazać przegrana, wiadomo, raczej nie zremisowana, może wyniszczająca albo jałowa, ale też – mogła to być piękna walka, honorowa, i zwieńczyć się zawarciem pokoju. Pokojowym współistnieniem, rozbrojeniem i planem Marschalla. Świętem dostatku i demokracji, wolnością słowa. Jednym słowem, Zachodem. Innym słowem, rajem. Dlaczego nie. Komuna przecież dogorywała. Cuda się wyprawiały. Na naszych oczach.

(…)