ZŁOTOWŁOSA



Siedziała wśród dzieci. Dzieci rysowały, malowały - i ona też. I ja też. Powzięliśmy to samo postanowienie - rozwijać się - i dzięki temu spotkaliśmy się na kółku plastycznym w kamienicy, w której podziemiach mieściła się sławna z pijaństwa piwnica. Złotowłosa była interesująca, bo pochodziła z miasta Łodzi, gdzie mieściła się święta szkoła filmowa. Poza tym studiowała filozofię i była bardzo ładna. Jej drobną, delikatną twarz oświetlały bujne włosy z białego złota.

     U nas szybko zapadał wieczór. Żółte światło żarówek, bucząc z cicha zalewało stare, zielone ławki, a na oknach zbierała się para. Słychać było tylko skrzyp ołówków i chlupot wody od akwarel (chyba tylko tyle, bo przecież pędzle malują bezgłośnie.) Wymieniając uwagi o naszych pracach, pokazując coś tam paluszkiem, nietrudno się było nachylić, poczuć jej włosy na czole, wciągnąć zapach, nawet dotknąć ręki.


Jak to ona wtedy powiedziała? "Bierzesz mnie za kurewkę?" Nie… Nie tak. Nie tak po prostu. Była w tym może nie finezja, ale jakiś żart. Jeden z jej znajomych, przyjaciel pewnie, miał tak powiedzieć. Tak to, zdaje się, ujęła - jako przytoczenie czyichś słów. Coś w tym rodzaju. Ale na pewno użyła słowa "kurewka". Ogłuszyło mnie to słowo szeptem wśród dzieci wypowiedziane. Mnie, zakochanego. Pamiętam jeszcze, że zaczęła nie odsuwając ręki ani nie podnosząc oczu. Nosem wciągnęła powietrze.

- Podrywasz mnie? - Ja pewnie cofnąłem rękę. Nie za daleko. - A nie wolno? - Tu się wyprostowała uśmiechnięta i, dalej nie patrząc mi w oczy, lekko przeciągając zmęczone rysowaniem ramiona, poradziła: - Lepiej nie…  Mój kolega powiedział mi ostatnio - już się pewnie znowu pochyliła nad akwarelą - że jestem taką małą kurewką. 


Między nami wszystko pozostało jak najlepiej. Nawet wzięła mnie do samej Akademii, gdzie dech mi zaparła nagość starej kobiety odrysowywana przez brodatych artystów. Wstyd schylił mi głowę. Ale tylko na chwilę. Potem Złotowłosa chwaliła moje proporcje. Mam na myśli rysunki. Gorzej mi szło z oddaniem bryły - brudziłem palce rozcierając miękkie ołówki w poszukiwaniu światłocienia.