MIŁOŚĆ



Kochał się popisywać. Kiedy opowiadał, że właśnie przyjechał albo ma wyjechać do jakiejś Francji czy Włoch, dodawał jakoś tak, z wykrzyknikiem: - …żeby już wreszcie odetchnąć od socjalizmu! – I patrzył wtedy na nas ni to z rozbawieniem, ni to z niesmakiem - tak, jakby to była nasza wina, że przyszło mu w tym socjalizmie trawić część swego wyjątkowego żywota.

Bo był człowiekiem teatru. I muzyki. I literatury. Sztuki, kultury, filozofii, czego tam jeszcze. Znał języki, znał świat, znał wielkich ludzi. Same sławy. Sam był sławą.

Nam wykładał muzykę. Dobry był. Mało gadał, dużo puszczał.

- A “Panny z Wilka”? Co tam za muzyka? Hę?! Ktoś wie, szanowne towarzystwo? - i ironicznie na nas, kpiąco znad wąsika. Szczupły taki, mały, w drogich ciuszkach zachodnich uperfumiony, z szalikiem fantazyjnie przez szyję. Cisza.

- Szymanowski. Pierwszy koncert skrzypcowy - mruczę z kąta, trafiając go w jaja.

- Tak - potwierdza zaniepokojony. - Posłuchajcie państwo, będzie to wykonanie… - i nagle umie normalnie gadać! Puszcza płytę, Szymanowski leci, on siada pod ścianą, zapala fajeczkę i - mi się przygląda. A ja - skromnie w podłogę, że zasłuchany niby. A jest tam w tym koncercie taki moment, że te skrzypeczki tak wysoko, wysoko, lirycznie… I moja brewka też tak wysoko, wysoko, lirycznie, wzruszona… Nie miał szans.


Był mi potrzebny, bo miał największy w mieście zbiór płyt. Cała ściana analogów, kilkadziesiąt metrów bieżących, i wielka komoda kompaktów. Ta to się dopiero zaczynała zapełniać.

- To ile pan ma tych kompaktów? - pytałem, bo to mi naprawdę imponowało.

- A… - krzywi się, bo to przecież szczegół - z pięćset?

Zacząłem pożyczać. Wiedziałem, że nic za darmo nie będzie, więc grałem na czas. Przychodziłem, siadałem w tym jego gabinecie - ściany obwieszone, witkace, słupy książek na biurku, antyki - i udawałem, że mamy o czym rozmawiać. On nudził się setnie i za którymś razem postawił sprawę jasno.

- Albo pan ściąga spodnie, albo nie będzie kompaktów.

- Cóż, to nie będzie - odpowiedziałem czerwony jak burak. A on zapalił sobie fajeczkę i natychmiast, samoczynnie, się otworzył.

- Tak, najbardziej kochałem chyba… - spojrzał w studnię wspomnień. - To był prosty chłopak, to nie o to chodzi… - odegnał machnięciem jakieś demony, co przysiadły na fajeczce. – Był zwykłym… - zdusił cisnącą się łzę - robotnikiem.