JEGO




- Teatr telewizji – mruknął mi na ucho montażysta i odpalił trailer. Miało to znaczyć, że Rasputinowi film się nie udał. Montażysta się mylił. Film się udał. I to bardzo.

     Właściwie nie było premiery. Jakaś drugoligowa sala, pokaz wczesnym popołudniem, w jakiś nie obłożony środek tygodnia. I już na długo przed wstawaniem krótkie, ale mocne oklaski, na które nikt się nie nastawiał.

- Będą z ciebie ludzie – powiedziałem Rasputinowi kiedy zapaliło się światło.

Myliłem się. Zmutował. Jego ego rosło, rosło, aż wszystkich – prawie - przerosło. I to jego, to już nie było zwykłe, ludzkie ego. To było jego. Jego jego!

Wcześniej widziałem jednak przebłysk, tego jego, tej jego ze wszystkimi chemii…


Spóźniał się. Notorycznie. Czasem niby miał jakieś powody, ale – nie. Specjalnie się spóźniał. Grał o dominację. Naprawdę! Po kiego? Nie tylko nam, jemu też, nie była ta dominacja potrzebna. Tak wtedy myślałem. (Myliłem się.)

Potem był w panice. Chciał, żebym zobaczył trailer. Nie taki, że coś, gdzieś, do kin czy na You Tuba. Nie. Taki, ot, zajawka z montażu, żeby pokazać komu trzeba, że – jednak, mimo przecieków - będzie dobrze.


Będzie dobrze?


Mówił o tym trzęsąc się na tej naszej galeryjce, w tym zawsze zatłoczonym gmachu. Mówił wyprostowany jakiś, zmniejszony, bledszy, szczuplejszy nawet i - tym razem nie spóźniony. Patrzył gdzieś przed siebie. – Okaże się – powiedział przełykając ślinę. I wykrztusił tak ostatecznie jakoś, z trzewi, śmiertelnie poważnie – okaże się, czy coś się udało, czy… – tu aż zadudniło - wszyscy się pomyliliśmy.


Wszyscy.


Niezapomniany moment.